Witajcie!

Niniejszym wpisem chciałbym rozpocząć serię – zapewne dłuższą – traktującą o bliskich mi wydawnictwach muzycznych. Albumach, które miały na mnie największy wpływ. Nie spodziewajcie się jednak recenzji czy podniosłych artykułów. To tylko moje luźne odczucia lub osobiste opinie dotyczące, ważnych w mym życiu, albumów. Dlatego nie spodziewajcie się jakiejś listy TOP 10, bo nie o to tu chodzi.


A na pierwszy ogień idzie…

The Gathering – Mandylion

Każdy, kto zna mnie choć trochę lepiej, wie że tego klimaciarskiego arcydzieła nie mogło tu zabraknąć. To zdecydowanie jeden z tych krążków, o którym można powiedzieć - miłość od pierwszego odsłuchu. Tak było z „Mandylion”, gdy wiele lat temu, na wysłużonym już walkmanie od mojej siostry usłyszałem pierwsze takty numeru „Strange Machines”. A potem pojawiały się takie perełki jak „Eléanor” obie części pełnego smutku „In Motion” i prześliczne, melancholijne „Leaves”. Tytułowy kawałek urzekał plemiennymi motywami, a nawet przywodził na myśl nocne wędrówki po pustyni z Baśni 1001 Nocy. Z kolei „Sand And Mercury” dobitnie pokazywało, że muzycy The Gathering zapatrzeni są w świat progresywnego rocka, co zresztą udowodnili na swoich kolejnych albumach.

Panująca na płycie, rzewna atmosfera w połączeniu z silnym i hipnotyzującym głosem Anneke van Giersbergen sprawiły, że do „Mandylion” wracałem wiele razy. Co ja mówię! Wracam do niej cały czas, po dziś. I jestem pewien, że będę powracał póki zdrowie mi na to pozwoli. Po to tylko, by zasiąść w tej dziwnej maszynie stworzonej przez Holenderski zespół i powędrować do krainy melancholijnego, muzycznego piękna. Tak, bez dwóch zdań to jedno z najważniejszych wydawnictw w moim życiu. A że jest to również jeden z najwybitniejszych przedstawicieli swojego gatunku, to już temat na całkowicie inną opowieść.